sobota, 4 października 2014

Chapter one || "Every end is the beginning."



Odbieram od kobiety dokumenty, po czym mocno zaciskam na nich palce. Czuję jak napięcie wzrasta, a krew w moich żyłach zaczyna szybciej pulsować. A więc to już? Pytam sama siebie, nie zwracając uwagi na niepoprawną formę zdania. Pragnęłam tego od zawsze, ale stojąc tutaj, w tym miejscu, niczego już nie jestem pewna. Wątpliwości, niczym ciemne, burzowe chmury, zaczynają kłębić się w mojej głowie, nie dając ani chwili spokoju. Czy podjęłam dobrą decyzję? Czy nie jest zbyt wcześnie? A może lepiej, żebym została w Bostonie? Miliony pytań na minutę, ani jednej odpowiedzi. Gula w moim gardle z sekundy na sekundę staje się coraz większa. Nerwowo przełykam ślinę, raz, później drugi...
Pełna lęku, po raz kolejny, dzisiejszego dnia, spoglądam na wyświetlacz ogromnego elektronicznego zegara znajdującego się tuż nad wejściem głównym. Duże cyfry wskazują dwudziestą pierwszą zero pięć. Do odprawy zostało równo pół godziny. Zamykam powieki, jednak nie zatrzymuję się. Powoli, niepewnym krokiem, wciąż podążam przed siebie. Najpierw prawa, potem lewa, jedna za drugą. To zabawne, nigdy wcześniej nie pomyślałabym nawet, że chodzenie, może stanowić takie wyzwanie. Nagle odczuwam coś dziwnego. Jakby nieodpartą chęć rzucenia się do biegu i ucieczki jak najdalej miejsca, jak je nazywam, sądu ostatecznego. Jedyne o czym teraz marzę to z powrotem znaleźć się w swoim niewielkim, ale za to bardzo przytulnym pokoju. Pragnę zamknąć się w tych czterech ścianach, otoczona rodziną. Gwałtownie się obracam. Jednak dopiero zderzenie z czymś zdecydowanie większym od mnie, uświadamia mi jak głupią i nieodpowiedzialną decyzję miałam zamiar właśnie podjąć. To przecież wcale nie w moim stylu, ganię w myślach sama siebie. Tracę równowagę, chwieję się lekko, raz w przód raz w tył. Przeszywa mnie nieodparta wizja bliskiego spotkania z twardą, zimną, pokrytą płytkami, podłogą. Lecz wcale nie upadam. Czuję jak czyjeś ręce przytrzymują mnie za łokcie. Wciąż nie do końca jeszcze wiedząc, co właśnie miało miejsce, automatycznie otwieram oczy. Widok który mi się ukazuje, niewątpliwie mnie zaskakuje, aczkolwiek wcale nie negatywnie. Burza brązowych loków i soczyście zielone tęczówki, to pierwsze, co przykuwa moją uwagę.
- Wszystko w porządku? - nuta chrypki w głosie chłopaka sprawia tylko, że wydaje się być jeszcze bardziej przyjemny dla ucha, cieplejszy.
- T-tak. - jego słowa szybko przywracają mnie do rzeczywistości. Prostuję się i odzyskuję nienaganną postawę ciała. Teraz stoję już całkiem stabilnie, jednak wciąż nie zabieram dłoni z jego klatki piersiowej. - Ja, przepraszam. Naprawdę nie chciałam, nie zauważyłam cię, nie wiem jak to się stało, nigdy mi się to... - zaczynam się tłumaczyć, z resztą nieco nieudolnie. Słowa same wypływają z moich ust, po raz kolejny tracę dzisiaj kontrolę.
- Hej, spokojnie. Nic się nie stało. - serdecznie się do mnie uśmiecha, a ja dopiero teraz dostrzegam urocze dołeczki, które pojawiają się wtedy w jego policzkach. - Poza tym, ja też powinienem był uważać. - podąża za moim wzrokiem, który zatrzymuje się na jego dłoniach. Odruchowo je zabiera. Cień zakłopotania przemyka przez jego twarz. Jednak znika równie szybko, co się pojawił. - Chętnie bym tu z tobą jeszcze został i pogawędził, ale niestety muszę już lecieć, mam do załatwienia kilka spraw. Do zobaczenia. - Mam nadzieję, dodaję w myślach.
Posyła mi kolejny promienny uśmiech, po czym odchodzi, co jakiś czas spoglądając jednak w moją stronę. Po chwili już go nie ma, jego postać znika pośród, stale gromadzących się, ludzi. A ja? Wciąż stoję w tym samym miejscu, nieco oszołomiona. Claire, do moich uszu dobiega melodyjny głos, zresztą tak dobrze mi znany. Lekko potrząsam głową, po czym obracam się w kierunku, z którego dochodzi. Emily biegnie w moim kierunku, a rodzice podążają tuż za nią. Bezwiednie się uśmiecham, aby już za chwilę znaleźć się w ich objęciach. Tak bardzo będzie mi tego brakowało, czuję jak łzy napływają mi do oczu. Mimo to, wcale nie płaczę. Wiem, że muszę być silna, dla nich. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nawet jedna, najdrobniejsza, chwila słabości może okazać się tragiczna w skutkach.
Mimowolnie, po raz ostatni, zerkam w stronę, gdzie zniknął tajemniczy nieznajomy. Jednakże bezustannie męczy mnie nieodparta myśl, że gdzieś już go widziałam.

**

Mijam kolejne rzędy samolotowych siedzeń. Siedemnasty, osiemnasty, dziewiętnasty... Miejsce 19B. Rozgląda się dookoła. Byłam ostatnią osobą w kolejce do odprawy, a kiedy wchodziłam do tunelu, wszystkie bramki zostały właśnie zamknięte.  Zajmuję jedno z trzech pustych miejsce, to najbliżej okna, z nadzieją, że jego właściciel już się nie pojawi. Nie mam najmniejszej ochoty na nieoczekiwanych towarzyszy podróży. A przecież zawsze istnieje jeszcze opcja, że któryś z nich mógłby okazać się seryjnym mordercą, śmieję się sama do siebie. Duży fotel obity jasną skórą okazuje się być zaskakująco wygodny. Zakładam słuchawki, po czym włączam przypadkową piosenkę. Już po chwili do moich uszu dobiegają pierwsze słowa What's a wonderful world Louisa Armstronga. Trafny wybór.
Spoglądam nerwowo na ekran telefonu. Półgodzinne opóźnienie, już na samym początku, nie może wróżyć nic dobrego. Wręcz cudownie, zaklinam w myślach. Miałam nadzieję, że uda mi się jeszcze dzisiaj zapoznać z miastem, wyhaczyć jakieś niezbyt drogie restauracje ze smacznym, domowym jedzeniem, zapoznać się z kampusem. Jednak wszystkie moje dotychczasowe plany najwyraźniej legną w gruzach, a czasu wystarczy mi jedynie na drobne zakupy niezbędnych artykułów w pobliskim, wielobranżowym sklepiku lub całodobowym markecie. O ile taki w ogóle jest gdzieś w pobliżu, wzdycham zrezygnowana. Jedynym pocieszeniem jest dla mnie fakt, iż jestem w stu procentach przygotowana na poniedziałkowe zajęcia. Już pierwszego dnia, po tym jak dowiedziałam się, że wyjeżdżam do Londynu, skrupulatnie zaznajomiłam się z planem zajęć oraz pierwszymi rozdziałami wszystkich podręczników, przewidzianych na ten rok akademicki. Nie mogłam pozwolić sobie na jakiekolwiek braki, nie wspominając nawet o zaległościach. No cóż, nigdy nie należałam do osób, które lubią odkładać wszystko na później. Wróć. Nigdy nie odkładam niczego na ostatnią chwilę. Wszystko wykonuję od razu, przed czasem, zawsze. Odkąd tylko pamiętam, jestem osobą zorganizowaną i poukładaną. Ale przecież nie ma w tym niczego złego, bo właśnie dzięki temu mogę studiować na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie.
Zerkam w stronę, z której dochodzą głosy. Moim oczom ukazuje się znajomy widok, którego jednak już nigdy nie przypuszczałam zobaczyć. Zza rogu jednego z siedzeń wyłania ta sama ciemna kurtka. Chłopak podąża za wysoką kobietą, ubraną w granatowy uniform. Zatrzymują się tuż obok mnie. Wyjmuję słuchawki i przyglądam się, z zaciekawieniem, zaistniałej sytuacji.
- Jeszcze raz, bardzo pana przepraszamy. Taka pomyłka w ogóle nie powinna była mieć miejsca. W ramach rekompensaty proponujemy darmowe napoje i przekąski.
- Nic nie... - przerywa nagle, kiedy jego wzrok napotyka moje spojrzenie. Początkowo na jego twarzy maluje się wyraz zdziwienia, który jednak szybko zastępuje promienny uśmiech. - ...szkodzi. - dodaje po chwili, wciąż jeszcze nieco rozbawiony, zachwycony?
Przepraszam panią, ale to miejsce należy do tego pana. Niestety będzie się pani musiała prze... - tym razem stewardessa zwraca się do mnie.
- Nie ma takiej potrzeby, usiądę obok. - chłopak jednak nie pozwala jej dokończyć.
- Jest pan pewien? - upewnia się kobieta -  Chciał pan miejsce przy oknie.
- Myślę, że tak. - odpowiada bez zastanowienia, wciąż się uśmiechając.
- W takim razie, życzę udanej podróży. Gdyby czegoś państwo potrzebowali, jestem do państwa dyspozycji. - recytuje formułkę, po czym odchodzi, zostawiając nas samych.
Zapowiada się całkiem ciekawie, myślę spoglądając przez szybę. Głos dobiegający z głośników zaleca pasażerom zapięcie pasów i przygotowanie się do startu. Zaciskam pięści i zaczynam pocierać nimi nerwowo o kolana. Czuję jak moje serce raptownie przyspiesza. Ogarnia mnie nieodparte wrażenie, że bije tak głośno, iż wszyscy znajdujący się w samolocie, mogą je bez problemu usłyszeć. Lęk narasta, a moja twarz robi się coraz bledsza. Opuszczam powieki, jednak to niczego nie zmienia. Zaczynam odliczać sekundy. Jedna, druga, trzecia...
- Pierwszy raz lecisz samolotem? - jego głos sprowadza mnie z powrotem na ziemię. Najwyraźniej zmiana w moim zachowaniu nie umknęła uwadze chłopaka, zresztą nic dziwnego
- Tak, znaczy nie... - zaczynam się jąkać. Biorę głęboki wdech, po czym kontynuuję, już nieco spokojniej. - Nie zupełnie. Po prostu... - przerywam i chwilę się zastanawiam - ...pierwszy raz lecę sama. Zawsze trochę się stresuję podczas startu, a teraz... Sam rozumiesz? - bardziej pytam niż stwierdzam. Rozmówca przez chwilę badawczo mi się przygląda, a zaraz potem w jego oku pojawia się błysk.
- Co pomogło ci wtedy wrócić do siebie? - łagodny ton sprawia, że moje mięśnie nieco się rozluźniają. Szybko wracam pamięcią do swojego ostatniego lotu.
- Siostra podała mi swoją dłoń... - wypalam bez namysłu. Jednak gdy orientuje się, co właśnie powiedziałam, jest już za późno. Czuje jak jego palce przeplatają się z moimi. Odruchowo chcę zabrać rękę lecz ta odmawia mi posłuszeństwa, zupełnie jakbym straciła nad nią kontrolę. Przyjemne ciepło rozchodzi się po całym moim ciele, tym samym przywracając harmonię każdej jego komórce. Z sekundy na sekundę napięcie spada, Moja twarz odzyskuje swój naturalny odcień, a na policzkach pojawiają się delikatne rumieńce. Kiedy walka myśli w mojej głowie ustaje, nasuwa się kolejne pytanie. Dlaczego jego dotyk podziałał na mnie w takim stopniu?
Spoglądam na ich dłonie, na co uścisk chłopaka wyraźnie słabnie. Uśmiechając się, zabiera rękę, co z niewiadomych przyczyn, rozczarowuje mnie?
- Harry - chłopak ponownie wyciąga dłoń w moją stronę, a uśmiech wciąż nie schodzi z jego twarzy. Zupełnie jakby stanowił jej nieodłączną część.
- Claire. - odwzajemniam gest. Przez moment się waham, jednak po chwili dodaję - Czy my już kiedyś...? - wskazuję raz na siebie, raz na niego.
- Myślę, że zapamiętałbym kogoś tak... - szuka odpowiedniego określenia - ciekawego. - w jego oczach maluje się coś na wzór rozbawienia, jednak nie dostrzegam w nim ani grama złośliwości. Jedynie niewinność, jak u dziecka. 
- Wybacz, nie wiem, co się dzisiaj ze mną dzieje. Zazwyczaj taka nie jestem... 
- Poczekaj, bo chyba nie zrozumiałem. Zazwyczaj nie jesteś ciekawa? - pyta z jeszcze większym rozbawieniem, a ja czuję jak moja twarz staje się cała czerwona. - Spokojnie, tylko żartowałem. - rozluźniam się. - W takim razie opowiedz mi, jaka jest prawdziwa Claire? 
- Hmm... -  zaczynam - Prawdziwa Claire Watson jest zorganizowana, a jej życie w niczym nie przypomina tego chaosu i roztargnienia, które miałeś okazję dzisiaj zobaczyć. - zadziwia mnie fakt, jak swobodnie czuję się w jego towarzystwie. - Sama nie wiem. Może to wszystko spowodowane jest tym, że właśnie rozpoczyna się nowy etap mojego życia, pierwszy raz samodzielnie opuszczam Boston, a tym bardziej Stany Zjednoczone, przeprowadzam się do Londynu, który znajduje się tysiące kilometrów od mojego domu, zaczynam studia medyczne na Oxfordzie... - widząc uśmiech na jego twarzy, przerywam i zaczynam śmiać się sama z siebie. - A teraz nie mam nawet bladego pojęcia, dlaczego ci to wszystko mówię? Przepraszam, chyba po prostu musiałam to z siebie wreszcie wyrzucić...
- I ty mówisz, że nie jesteś ciekawą osobą? - pyta, wlepiając we mnie spojrzenie. - Już po tak krótkim czasie, mogę stwierdzić, i z to z całą pewnością... - akcentuje - ...że jesteś milion razy bardziej interesująca niż wszystkie osoby ze środowiska, w którym pracuję. - kończąc swoją wypowiedź, wymownie unosi brwi.
- Czym się zajmujesz? - czując jak moje policzki się rumienią, postanawiam zmienić temat. 
- Muzyką. - odpowiada, zupełnie zwyczajnie - Trochę śpiewam, ale teraz chcę odłożyć na bok sprawy zawodowe i zająć się na poważnie studiowaniem medycyny na Oxfordzie.
- Czekaj, czy ty właśnie powiedziałeś, że...?
- Tak, więc na twoim miejscu nie liczyłbym na to, że szybko się mnie pozbędziesz. - śmieje się, teatralnie grożąc mi palcem.
- Zaczynam się bać. Brzmiało to dosyć groźnie. - żartuję na co, oboje wybuchamy gromkim śmiechem. - Wiesz, wciąż odnoszę jakieś dziwne wrażenie, że skądś cię kojarzę, mimo, że wiem...
- To całkiem możliwe. - stwierdza jak gdyby to było czymś zupełnie naturalnym.
- Ale przecież mówiłeś, że...
- No tak... - lekko uderza się otwartą dłonią w czoło - Czasami jestem takim idiotą. - zastanawia się przez moment, a później robi coś, czego zupełnie bym się nie spodziewała...

Lepsze niż słowa,
Ale więcej niż uczucie...

Słowa piosenki wypływają z jego ust i muszę przyznać, że brzmią zaskakująco dobrze i dziwnie znajomo. Przeszukuję myśli, próbując przypomnieć sobie skąd mogłabym znać tę melodię. Tak! Dzwonek telefonu Emily. Better than words, One Direction? 

- Nazywasz się Harry Styles, tak? - śmieję się, gdy wszystko zaczyna układać się w jedną całość. Chłopak kiwa twierdząco głową.- Gdyby moja młodsza siostra dowiedziała się, że cię poznałam... Jest waszą wielką fanką. - tłumaczę.
- Jeśli jest choć trochę podobna do ciebie, musi być niezwykle uroczą osobą. - kwituje, obserwując jak moja twarz po raz kolejny się czerwieni. I chociaż znam go dopiero kilka godzin, już wiem, że w jego obecności, wcale mi to nie przeszkadza...

**

 Od autorki (część pierwsza): Witam Was, moje aniołki ;* Przybywam do Was z pierwszym rozdziałem, a właściwie moją częścią ;) Jak to się mówi, pierwsze koty za płoty ^^ Mam nadzieję, że chociaż w najmniejszym stopniu, udało mi się Was zaciekawić i zostaniecie z nami na dłużej ;* Chciałam też podziękować cudownej Mona Lisie, której bloga chciałabym Wam gorąco polecić, za wspaniały komentarz, który zostawiła pod prologiem. Nie spodziewałam się go ujrzeć nawet w najśmielszych snach. Sprawił mi tyle radości, dał tyle szczęścia i motywacji... Kochanie, jesteś Aniołem ;* Dziękuję Ci z całego serca <3 A na sam koniec zapraszam Wam do czytania i komentowania ;3 Wasze opinie tak wiele znaczą ;* ~ N. <3





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy! To naprawdę wiele dla nas znaczy ;*